Strona Główna www.integrum-home.pl
Forum dla przyjaciół

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
MARTA ROBIN
Autor Wiadomość
Anna M 

Wiek: 35
Dołączyła: 22 Mar 2011
Posty: 246
Skąd: London
Wysłany: 2012-01-25, 12:44 pm   MARTA ROBIN

Fim o Marcie
http://www.youtube.com/watch?v=RMISOw3Kb2c




Marta Robin-"jej pokarmem przez 52 lata byla tylko Komunia Swieta

I. „Bogu trzeba oddać wszystko”

1902 – 1918
Marta urodziła się 13 marca 1902 roku. Sakrament Chrztu św. przyjęła w Wielką Sobotę 5 kwietnia 1902 roku w kościele Saint Bonet-de-Galaure. Pochodziła z prostej, wiejskiej rodziny w Chateauneuf-de-Galaure we Francji, w regionie Drom, i pozostanie na zawsze bardzo przywiązana do swoich rodziców i do swoich bliskich. Uczęszcza na katechizację i chodzi do szkoły podstawowej w Chateauneuf wraz z innymi dziećmi tej wioski. Z powodów zdrowotnych nie będzie mogła otrzymać świadectwa ukończenia szkoły. Bierzmowana w wieku lat 9, do swej Pierwszej Komunii Św. przystąpi w Chateauneuf 15 sierpnia 1912 roku, uroczystą Komunię Św. przyjmie 21 maja 1914 roku w święto Wniebowstąpienia. W bardzo prosty sposób przypomina nam ona swoje dzieciństwo, zwierzając się w następujących słowach: „Zawsze ogromnie kochałam Dobrego Boga i modliłam się do Maryi, a szczególnie lubiłam z Nią rozmawiać”. Po szkole pomagała rodzicom w gospodarstwie.

1918 – 1925
W latach 1918 -1921, przez 27 miesięcy, Marta doświadczy długiego okresu ciszy, podczas którego pozostanie w intymnym kontakcie z Panem, który sam kształtuje ją według swoich planów. Pragnęła zostać karmelitanką w szkole św. Teresy od Dzieciątka Jezus, ale stan zdrowia jej to uniemożliwia. 15 października 1925 roku, w święto św. Teresy z Awila dokona całkowitego poświęcenia się jako ofiara miłości dla Jezusa przez Maryję w „Akcie zawierzenia i ofiary dla miłości i woli Bożej”:
„Boże Przedwieczny, Miłości nieskończona!... Ojcze mój! Zażądałeś wszystkiego od Twojej małej ofiary, weź więc i zabierz wszystko… W dniu dzisiejszym oddaję się Tobie cała i poświęcam nieodwołalnie. O, Oblubieńcze mojej duszy, mój słodki Jezu… pragnę tylko Ciebie samego… i dla Twojej miłości wyrzekam się wszystkiego! Boże mój, zabierz mą pamięć i wszystko co ona zawiera; weź moje serce i wszystkie uczucia… weź mój rozum i wszystkie zdolności: spraw, aby służył tylko Twojej większej chwale… Weź całą moją wolę, albowiem unicestwiam ją na zawsze w Twojej woli. Niech się już nie dzieje to, co ja chcę, o mój słodki Jezu, ale zawsze to, czego Ty chcesz… o mój Boże, całe moje biedne „ja” jest Twoje! Proszę Cię, uczyń z niego istotę, która będzie cała dla Ciebie. Niech nie mam już myśli, pragnień, pożądań, zainteresowań, radości i cierpień innych niż Twoje (…) Maryjo, moja droga Matko, Ty sama daj mnie Jezusowi, ofiaruj Bogu tę małą hostię. Niech zechce przyjść i zamieszkać w niej, spoczywając w jej sercu jak w tabernakulum”.


II. Przełom w życiu duchowym

1926 – 1929
Marta nadal stoi wobec pytania o sens swojego powołania. Przełom w jej życiu duchowym dokonał się podczas misji parafialnych w 1928 r.: ”Najświętsze Serce Jezusa na Krzyżu wybrałam jako wzór do naśladowania w życiu ”. Odtąd postanawia być małą hostią Jezusa składaną nieustannie na ołtarzu. Cierpienia ofiaruje za potrzebujących, grzeszników i cały świat: „Chcę wykupić dusze nie złotem lub srebrem, ale monetą mojego cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem i Maryją”.
3 października 1929 roku Marta musi położyć się do łóżka. Przez trzy tygodnie walczy ze śmiercią. Otrzymuje wtedy trzykrotne zapewnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus, że nie umrze. Święta Teresa prosi ją o przedłużenie swej misji na cały świat. Odtąd Marta doznaje paraliżu nóg i pozostaje w pozycji siedzącej na swoim fotelu. Zaczyna wtedy haftować. Jezus i Maryja są bardzo blisko w jej pracy i modlitwie. Marta zaczyna powoli rozumieć, że jest powołana jako osoba świecka do złożenia swego życia w ofierze za Kościół i świat w jedności z ukrzyżowanym Jezusem. 2 lutego 1929 roku traci również władzę w rękach.

1930
Od 1930 roku aż do swej śmierci, czyli ponad pięćdziesiąt lat, Marta będzie przeżywać w swym małym pokoiku na gospodarstwie w Chateauneuf „swoje życie ukryte w Bogu” (Kol 3,3). Jezus wzywa ją tam do jeszcze większej zażyłości z Nim. W ostatnich dniach września 1930 roku Jezus pyta ją: „Czy chcesz być jak Ja?” Marta ponawia swoją zgodę miłości. Wtedy Jezus wprowadza ją w głębsze zjednoczenie z tajemnicą swej Męki, z którą będzie odtąd zjednoczona w każdej chwili. Marta mogła zatem powtórzyć słowa św. Pawła, który powiedział: „Wraz z Chrystusem zostałem przybity do krzyża” (Gal 2,19). Marta jest ukrzyżowana z Jezusem w swym sercu. Na początku października 1930 roku Chrystus wpisuje w jej ciało znaki swej męki wraz z koroną cierniową. Każdego tygodnia, od czwartku do soboty, następnie do niedzieli, a na końcu do poniedziałku po południu przeżywa w tajemniczy sposób wszystkie etapy Męki Jezusa począwszy od agonii wyrażonej w zdaniu: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola” aż do ostatniego wołania Chrystusa na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” i „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego”.
Marta jest sparaliżowana tak całkowicie, że nie opuszcza już więcej łóżka, na którym ją złożono w pokoju rodzinnego domu; nie je ani nie pije. Marta żyje już odtąd tylko dzięki Komunii Św., w której jej Oblubieniec staje się każdego tygodnia pokarmem jej życia.
Marta nie opowiada nigdy o tych nadzwyczajnych wydarzeniach. Są nam one dane nie po to, aby wzbudzać zdziwienie lub ciekawość, lecz jako znak obecności Jezusa, który każdego dnia odnawia w niej swoje Misterium Paschalne dla zbawienia świata. Wraz z Apostołem Marta mówi nam także: „Nie żyję już ja, lecz żyje we mnie Chrystus” (Gal 2,20). Ma wtedy 28 lat; to zjednoczenia z Jezusem Ukrzyżowanym będzie trwało aż do jej śmierci w wieku 79 lat, to znaczy przez pięćdziesiąt lat.
Całe oddziaływanie jej życia jest zakorzenione w tym zjednoczeniu z Chrystusem w tajemnicy Jego Krzyża.


III. Początek Ogniska

3 – 10 lutego 1936
10 lutego 1936 roku, w wigilię święta Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, Marta spotka księdza Georges Finet, kapłana, którego Bóg wybrał, aby wraz z nią służył „Wielkiemu Dziełu Jego Miłości” – tj. Ogniskom Światła i Miłości.
Ojciec Finet został poproszony, aby zaniósł obraz Maryi Wszechpośredniczki Łask do szkoły w Chateuneuf, albowiem takie było życzenie Marty. (Marta prosiła proboszcza, księdza Faure, aby założył tę szkołę 1933 roku.) Z tej okazji ksiądz Georges Finet jest zaproszony prze ks. Faure aby poznał Martę. Ta rozmowa między Martą a księdzem Finet będzie decydująca. W pierwszej godzinie rozmowy Marta opowiada mu o Najświętszej Maryi Pannie w słowach, które go bulwersują.
W drugiej godzinie rozmowy Marta ogłasza mu odnowienie Kościoła, które miałby odnaleźć na nowo swój kształt i specyfikę z pierwszych wieków, a mianowicie apostolstwo świeckich.
Świeccy byliby formowani w rozlicznych ośrodkach, a mianowicie Ogniskach Światła i Miłości.
Podczas trzeciej godziny rozmowy Marta odsłania księdzu Finet zadanie, które muszą podjąć razem dla Dzieła, które zostało jej powierzone przez Pana.
O tym spotkaniu i prośbie ojciec Finet powiadomi swego arcybiskupa w Lyonie oraz swoich przełożonych.
Oto jak Marta relacjonuje powierzone jej przez Pana wielkie Dzieło Jego miłości:
„Jezus powiedział mi o wspaniałym Dziele, które chce tutaj zrealizować dla chwały swego Ojca, dla rozszerzenia Jego Królestwa w całym Kościele i dla odrodzenia całego świata poprzez religijne nauczania, które by się tutaj dokonywało, a którego nadprzyrodzone i Boże działanie rozciągałoby się na cały świat. Dziełu temu powinnam się oddać w sposób szczególny, zachowując Jego polecenie i Jego boskie wskazówki. Miałam to robić pod przewodnictwem kapłana, którego według swego zamysłu uprzednio wybrał w swoim Sercu dla jego zbudowania i któremu dałby pewnego dnia wiernych i oddanych współpracowników, aby go wspomagali w odpuszczaniu grzechów, w nauczaniu i karmieniu dusz oraz w prowadzeniu ich do Jego Miłości…”.
„Moja Najświętsza Matka, która będzie Królową chwalebnie miłowaną i słuchaną w tym Ognisku mojej Miłości, i które Ona sama poprowadzi dzięki swej macierzyńskiej obecności, dozna tam prawdziwego triumfu, który rozszerzy się daleko i będzie znany w najodleglejszych zakątkach ziemi”.
„Potem Jezus mówił mi powtórnie o swoim dziele: jego powstanie będzie schronieniem dla wielu ludzi udręczonych, którzy przybędą aby czerpać tam pocieszenie i nadzieję(…)”.
„Chcę, aby to Dzieło było wspaniałym Ogniskiem Światła i Miłości, domem Mojego Serca otwartym dla wszystkich”.
Sama Marta postrzega Ogniska jako wpisane w „Nową Pięćdziesiątnicę Miłości”, która będzie odnowieniem całego Kościoła i będzie służyła odrodzeniu całego świata.
Ognisko zaczęło realnie istnieć od momentu, kiedy Jezus posłał do Marty kapłana, którego przygotował do tego Dzieła swojej Miłości, w głębokim zjednoczeniu pomiędzy nimi dla chwały Boga i zbawienia świata. Jezus podkreśla siłę tej więzi: „On nie będzie mógł nigdy nic zrobić bez ciebie (>>>) Podobnie i ty nie będziesz mogła nigdy niczego zrobić bez niego”.

8 września 1936
Za zgodą swoich przełożonych, ksiądz Georges Finet zaczyna w poniedziałek 7 września 1936 roku w szkole w Chateauneuf pierwsze rekolekcje trwające pełne pięć dni, w całkowitym milczeniu. 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wieczorem pierwszego dnia rekolekcji, ksiądz Finet, którego Marta prosiła o udzielenie jej Komunii Św., zgadza się po raz pierwszy, że będzie nazwany „ojcem”.
Dostrzegając oddziaływanie i owoce przeprowadzonych rekolekcji, arcybiskup Lyonu przeznacza ojca Finet do tego Dzieła. W czasie wojny zostanie zbudowane Ognisko w Chateauneuf – miejsce przyjmowania rekolektantów.
W 1940 roku, na samym początku wojny, za zgodą ojca Finet, Marta ofiaruje Bogu swoje oczy w intencji pokoju na świecie. Staje się niewidoma. Światło jest dla niej udręką. Od tego momentu, w półmroku swojego pokoiku będzie przyjmować wszystkich gości, którzy będą pragnąć spotkania z nią.
W ten sposób podczas pięćdziesięciu lat, gdy Ogniska rozkrzewią się już na świecie, Marta będzie przeżywać swoje powołanie w wierności i w dyskrecji, wspierana przez ojca Finet, który nie przestanie nosić jej ofiary, łącząc ją z ofiarą Jezusa w ofierze eucharystycznej.


IV Ostatnia Pascha

6 lutego 1981
Marta powraca do Boga nocą z 5 na 6 lutego 1981 roku. Ma wtedy prawie 79 lat. Aż do końca stoczyła dobrą walkę dla Chrystusa. W jej pogrzebie w Ognisku w Chateauneuf uczestniczą ojcowie i świeccy członkowie Ognisk z całego świata, pięciu biskupów, ponad dwustu kapłanów i osiem tysięcy wiernych przybyłych z całego świata.
Marchand, biskup Palence, który przewodniczy koncelebrze, komentuje słowa świętego Jana:
„Jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeśli umrze, przynosi plon obfity” (J 12,24) Marta jest także owym ziarnem pszenicy i jej pełne ofiary życie było zanurzeniem w cierpieniu, tak jak to jest teraz w jej śmierci. Ale to zanurzenie było także radością daru i radością spotkania… Każdy powinien zająć swoje miejsce w Kościele: każdy ze swymi darami. Marta dobrze odnalazła swoje miejsce. Możemy jej oddać cześć za jej wyczucie Kościoła i za jej miłość do Kościoła diecezjalnego i powszechnego. Świadcząc o absolucie Boga, zawsze chciała być córką Kościoła. Chciała to jednak przeżywać w dyskrecji i pokorze. (…) Owoc jaki ona przynosi, jest owocem na chwałę Ojca. Tak więc zgłębiając coraz bardziej to, co przeżyła Marta i jednocząc się z tym ciągle żywym źródłem, Ogniska powinny przyjmować nieustannie to, do czego są powołane. Znajdujemy tam inspirację, która je ożywia i jednoczy pomimo wszystkich ich zewnętrznych różnic. Tworzy ona specyficzne powołanie Ognisk Światła i Miłości, istniejących w Kościele dla odnowy świata, w promieniowaniu Maryi w Jezusie Chrystusie na chwałę Ojca”.
Ostatnio zmieniony przez s. Katarzyna 2013-12-10, 6:46 pm, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Alicja 

Wiek: 56
Dołączyła: 13 Maj 2007
Posty: 508
Skąd: Londyn
Wysłany: 2015-05-05, 11:55 pm   MARTA ROBIN - mistyczka,stygmatyczka

W Polsce Marta Robin nie jest tak znana jak św. Ojciec Pio, św. Franciszek z Asyżu czy św. Siostra Faustyna Kowalska. Przyjrzyjmy się więc tej niezwykłej postaci, którą kiedyś ktoś nazwał największą kobietą XX wieku.

DZIECIŃSTWO

Marta Robin (czyt. Robę), czasami słusznie nazywana "Martą od męki Pańskiej", przyszła na świat w 1902 r. w niewielkiej wiosce francuskiej Châteauneuf-de-Galaure 60 km na południe od Lyonu (zob. zdjęcie u góry). Była najmłodszą spośród sześciorga rodzeństwa. Była to typowa, chłopska, biedna rodzina niczym nie wyróżniająca się. Została zapamiętana jako pogodne, wesołe dziecko, lubiła modlić się, tańczyć, śmiać, żartować. Gdy szła paść krowy zawsze brała z sobą Różaniec święty.
Marta jako małe dziecko jest nad wyraz pobożna, ma szczególne nabożeństwo do Najświętszej Panienki, nazywała Ją pieszczotliwie "moja Mama". W wieku 2 lat Marta zapada na tyfus.
Gdy miała 5 lat, jej ojciec Józef Robin zawiesił na drzwiach drewniany krzyż, lecz bez figury Chrystusa. Na ten widok Marta zapytała, a gdzie jest Pan Jezus? Tato odpowiedział "tam Go nie ma". Marta odpowiedziała: "w takim razie my tam będziemy". Mówiąc te słowa, czy już wtedy mogła przypuszczać jakie będzie jej dalsze życie...?

ZAPOWIEDŹ CIERPIENIA

Niestety rok 1918, kiedy Marta ma 16 lat, zapowiada się pesymistycznie, Marta zaczyna podupadać na zdrowiu, ma silne bóle głowy, zdarza się, że traci przytomność, lekarze nie potrafią postawić jednoznacznej diagnozy, są bezradni. Pod koniec listopada Marta upada w kuchni, okazuje się że jest to paraliż nóg. Stan jej zdrowia raz się pogarsza, raz polepsza. Dnia 2 grudnia kładzie się definitywnie do łóżka, lekarze rozkładają ręce nie mogąc nic zaradzić. Marta nie może jeść, nie jest w stanie znieść światła.
Zadziwiające jest niezwykłe zdarzenie z 1921 roku. Odwiedził ją ksiądz proboszcz, a Marta podczas rozmowy straciła przytomność i obudziła się dopiero po miesiącu! Wydarzenia te były już przygotowaniem do tego, co miało nastąpić później. Dnia 20 maja 1921 roku doszło do niezwykłego wydarzenia, śpiąca Alicja, siostra Marty obudziła się widząc intensywne światło w pokoju, spytała Martę co to za światło? Otrzymuje odpowiedz: "Tak, to piękne światło, ale ja widziałam też Najświętszą Dziewicę". To było pierwsze z licznych objawień jakie miała Marta w swoim długim 79-letnim życiu.
Po tej wizji nastąpiła czasowa poprawa stanu zdrowia do tego stopnia że udała się z pielgrzymką w okolice Chateauneuf-de-Galaure. Marta sądziła, że została całkowicie uzdrowiona, nawet nosiła się z zamiarem wstąpienia do Karmelu tak jak jej ideał - św. Tereska z Lisieux. Pod koniec listopada powróciły bóle nóg i paraliż dolnych kończyn. Leży w łóżku, modli się na Różańcu, haftuje, czyta Ewangelię, książki, przeważnie z dziedziny życia mistycznego, żywoty świętych. Notowała myśli, które ją szczególnie uderzały:
"Miłość niczego nie potrzebuje, jedynie tego, by nie napotykać na opór"...
"Trzeba, abyś była w stanie nieustannej ofiary"...
Pewnego dnia po odłożeniu książki usłyszała wewnętrzny głos:
"Dla ciebie to będzie cierpienie".
Otwierając ponownie książkę uderza ją inne zdanie:
"Bogu trzeba oddać wszystko".
Te myśli coraz bardziej wnikały do samej głębi jej duszy.
Marta w latach swojego dzieciństwa rozumowała jak przeciętna dziewczyna, bała się cierpień, uciekała od nich, kiedyś nawet powiedziała: "Biłam się z Bogiem".
Przeczytała kiedyś w modlitewniku chrześcijańskim takie oto słowa:
"Dlaczego szukasz pokoju, kiedy stworzona jesteś do walki, dlaczego szukasz przyjemności, kiedy stworzona jesteś do cierpienia".
Marta czuła wyraźnie, że te słowa są skierowane do niej, długo z nimi walczyła.
W listopadzie 1923 roku w jej parafii wyrusza pielgrzymka do Lourdes, Marta ma ostatnią nadzieję na wyzdrowienie, jednak dowiaduje się że jedna z parafianek też chora, bardzo pragnie tam pojechać, więc ustępuje jej miejsca.
Dla Marty to była ostatnia szansa na odzyskanie sił, nie pojechać tam znaczyło dla niej zrezygnować z nadziei na uzdrowienie. Powoli odkrywa, że jest wezwana do tego, by jako osoba świecka czynić swe życie nieustannie ofiarą dla Kościoła i świata w zjednoczeniu z Jezusem ukrzyżowanym.
Jest rok 1926 ogólny stan zdrowia 24-letniej Marty pogarsza się do tego stopnia, że sądzi się że nastąpi nieuchronna śmierć. Marta była w śpiączce, która trwała 3 tygodnie. Gdy się obudziła powiedziała: "Sądzę, że nie umrę", potem dodała: "Widziałam świętą Teresę". Później przyszła do niej Św. Tereska od Dzieciątka Jezus jeszcze raz, dała jej wybór: mogła od razu pójść do nieba albo przyjąć cierpienie w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Postanowiła złożyć ofiarę ze swego cierpienia.
Marta napisała wtedy:


AKT OFIAROWANIA SIĘ BOGU


Panie, mój Boże, o wszystko poprosiłeś swą małą służebnicę,
weź więc i przyjmij wszystko.
W dniu dzisiejszym oddaję się Tobie bez reszty, o umiłowany mojej duszy!
To jedynie Ciebie pragnę i dla Twojej miłości wyrzekam się wszystkiego.
Kocham Cię, błogosławię Cię, uwielbiam Cię,
całkowicie oddaję się Tobie, w Tobie się chronię.
Ukryj mnie w Sobie, gdyż moja natura drży pod brzemieniem
okrutnych doświadczeń, jakie zewsząd mnie przygniatają
i dlatego, że ciągle jestem sama.
Mój umiłowany, pomóż mi, zabierz mnie ze Sobą.
To jedynie w Tobie pragnę żyć i jedynie w Tobie umrzeć. Pomóż mi!

PEŁNIA OFIARY

W 1927 roku cierpienia Marty zwiększają się, teraz obejmują bóle głowy, nóg, ramion i pleców, a w 1928 roku dotyka ją całkowita blokada krążenia w kończynach, co oznacza że odtąd po kres swojego życia będzie leżeć w łóżku (47 lat) jakby tego było mało Marta leży na zgiętych kolanach, można jakoś sobie wyobrazić godzinne leżenie na zgiętych kolanach, ale trudno wyobrazić sobie, że ktoś tak przeleżał 47 lat. Już samo leżenie w łóżku w całkowitej bezczynności jest cierpieniem, Marta jednak nie mogła nawet przechylic się na bok. Każdy dotyk zadawał jej ból. Tak więc ta kobieta przeleżała 47 lat w jednej pozycji, na plecach, ze zgiętymi kolanami. Jeśli przeliczyć okres od kiedy ma całkowity paraliż, (trzeba zauważyć że Marta już wcześniej była przykuta do łóżka) da nam to ponad 50 lat w łóżku. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie ogrom tych cierpień?
Marta Robin cierpiała dodatkowo na wiele innych sposobów. Najbardziej w tym wszystkim zadziwiający jest fakt że Marta w ogóle nie śpi, nie je i nie pije! Nie została podłączona do kroplówki i nikt jej nie dawał po kryjomu pożywienia, była obserwowana przez sceptyków. Jakiekolwiek podjadanie zostało całkowicie wykluczone! Marta nie mogła nic pić, wlewano jej na siłę do ust wodę, lecz woda spływała na tackę. Wiadomo, że przeciętny człowiek bez pożywienia przeżyje około 40 dni, bez wody znacznie krócej, gdy odbierze mu się sen nie jest w stanie przeżyć tygodnia ale jak można kompletnie nic nie jeść, nic nie pić, nie spać i przeżyć w tym stanie 52 lata, nikt nie miał i do tej pory nie ma jakiegokolwiek wytłumaczenia. Marta ciągle odczuwała pragnienie picia, lecz niestety nie była w stanie przełknąć nawet kropli, co potęgowało jej i tak bardzo duży ogrom cierpień.

Dodatkowo szatan dręczył ją odkręcając kran, Marta słyszała plusk płynącej wody, co jeszcze bardziej przytłaczało ją. Nie spała a przecież sen jest ucieczką od smutnej rzeczywistości, jest wybawieniem. Marta nie była w stanie nic przełknąć, a jednak jakimś cudem wchłaniała konsekrowaną hostię, to był jej jedyny pokarm przez 52 lata. Jak to wytłumaczyć?
W każdy czwartek o. Finet przynosił jej Ciało Jezusa, Marta tylko wtedy była w stanie przełknąć i to był jej jedyny pokarm. Kiedyś, ktoś napisał że Marta Robin była w stanie postu eucharystycznego, to nie jest prawdą! Post się wybiera, natomiast ona nie była w stanie jeść, to było jej przeznaczenie, a nie post.
Kolejnym zadziwiającym zjawiskiem było to że hostia sama wędrowała do ust Marty. Wystarczyło, że kapłan zbliżył jej hostię do ust, a ta sama jakimś cudem jakby wyrywała się z palców i wędrowała prosto do jej ust. Nieraz nawet hostia przemierzała odległość 20 cm zanim trafiła do ust. To wszystko niezbicie dowodzi, że Jezus Chrystus Zbawiciel wszechświata jest rzeczywiście obecny ciałem i krwią w konsekrowanej hostii.
Nie pominę jeszcze innego zadziwiającego przykładu, w lutym 1939 roku odwiedził ją ks. Marzioux, gdy tak rozmawiali, w pewnym momencie Marta powiedziała ożywionym głosem: "Jezus już przyszedł". Ks. Marzioux wspomina: "nie słyszałem nawet szczekania psa zapowiadającego przybycie wieczornego gościa, po chwili do pokoju wszedł ks. Finet przynosząc komunię św."
Całe życie Marty to ciągłe udowadnianie, że Bóg istnieje, że jest realnie, a nie symbolicznie obecny w konsekrowanej hostii! Że Jezus Chrystus umarł za nas na Krzyżu dla naszego zbawienia.
Dnia 2 listopada 1928 roku zostaje przyjęta do III Zakonu Św. Franciszka, następnej nocy szatan uderza ją z wściekłości pięścią tak mocno, że wybija jej dwa zęby. Szatan nigdy nie darzył miłością tych, którzy składają siebie w ofierze za ocalenie dusz.
Dnia 2 lutego 1929 roku traci władze w ramionach i nie może już odtąd haftować, a w czerwcu traci władze w dłoniach i nie może już przesuwać paciorków Różańca. Stan zdrowia coraz bardziej pogarsza się, rodzina sądzi, że Marta niedługo umrze, lecz opatrzność Boża każe jej przeżyć jeszcze wiele lat, bardzo płodnych lat, w tym czasie Marta wyrwała szatanowi niezliczoną ilość dusz.

WRZESIEŃ, ROK 1930

Ukazał się jej Jezus i zapytał: "Czy chcesz być jak Ja?" Marta już wcześniej wyraziła swoje całkowite oddanie w "Akcie ofiarowania" w swej pokorze i zaufaniu powiedziała "tak". Tu widzimy bardzo wyraźnie, że Bóg nie jest tyranem i nic na siłę nie robi wbrew ludzkiej woli. Maryja Dziewica też wyraziła swoje "fiat" bez tego przyzwolenia nie stałaby się Matką Zbawiciela.
Dobry i Miłosierny Bóg liczy się z naszą wolą. Jezus nazwał ją "Moja córeczka ukrzyżowana z miłości". Marta wpada w mistyczne stany, dzieje się to w każdy czwartek, po przyjęciu eucharystycznego Jezusa, wtedy jest całkowicie wyłączona dla otoczenia, tak jest do niedzieli. Trudno cokolwiek powiedzieć na temat tych mistycznych stanów, Marta nie zwierza się, co się wtedy z nią dzieje, wiadomo jest tylko, że przeżywa Mękę, tak jakby była na Golgocie. Z jej oczu spływa krew, na swoim ciele nosi ślady stygmatyzacji. Marta każdego czwartku wieczorem bardzo drży ze strachu. Wszystko wskazuje na to, że przeżywała realnie fizycznie i psychicznie Mękę Jezusa, począwszy od Ogrójca aż po śmierć na Golgocie.
Pewnego dnia Marcie ukazał się Jezus mówiąc:
"To ciebie wybrałem, abyś przeżywała moją Mękę w sposób najpełniejszy od czasu mojej Matki i nikt po tobie nie będzie jej przeżywał w Kościele w takiej pełni. Abyś mogła przeżywać ją całkowicie, nigdy nie zaśniesz, coraz bardziej postępując w cierpieniu. Spać znaczyłoby porzucić cierpienie. Będziesz cierpieć coraz bardziej."
Proboszcz parafii nakazał zachować absolutne milczenie w sprawie wydarzeń, jakie miały miejsce w Chateauneuf-de-Galaure, niestety wieści rozeszły się po całej okolicy. Do domu państwa Robin zaczęli przybywać ludzie, jedni, żeby się pomodlić inni z czystej ciekawości. Znamienny jest fakt, kiedyś odwiedziło ją 3 młodych ateistów, jeden mężczyzna i dwie kobiety, przyszli tylko po to aby się z niej wyśmiać, Marta przywitała ich słowami: "Tak to prawda, jestem śmiechu godna" to był początek rozmów w których owocem było to, że cała trójka wstąpiła do surowych zakonów, a przecież byli ateistami. Mężczyzna wstąpił do Trapistów, dwie kobiety do Karmelu. Marta miała wiele darów, wiedziała co pisze w liście zanim go otworzono, potrafiła przewidywać przyszłość, posiadała dar bilokacji, proroctwa. Wioska Marty Chateauneuf-de-Galaure jak i cały tamtejszy region Drome zaczął się powoli nawracać, trzeba podkreślić, że w tamtych czasach w regionie Drome panowała ogólna niewiara. Martę zaczęto nazywać "świętą".
Jest rok 1939 hitlerowskie wojska niemieckie przekraczają granicę francuską, Marta czyni kolejną ofiarę z siebie, oddaje Bogu swój wzrok w intencji ocalenia Francji. Jej prośba zostaje wysłuchana Marta przestaje widzieć. Od roku 1939 aż do jej śmierci w 1981 roku (42 lata) Marta jest stale w półmroku, jej pokój jest zaciemniony, okiennice zamknięte, nawet ściany pomalowano na brązowo. Najmniejszy promień światła zadawał jej ból nie do zniesienia. Z tego okresu nie ma ani jednego zdjęcia Marty, dopiero po śmierci wykonano kilka.
8 sierpnia 1951 roku jej rodzony brat Erni przy użyciu swojej myśliwskiej strzelby popełnia samobójstwo, trudno jednoznacznie ustalić, co było przyczyną tak desperackiego czynu. Wiadomo, że Erni cierpiał na silne bóle nerwu twarzowego. Marta swoimi cierpieniami znacznie przewyższała dolegliwości brata, a mimo to trwała w swoim przeznaczeniu do końca, prosiła Pana o nowe cierpienia.

DZIWNE SZCZĘŚCIE

Zachowanie Marty Robin z ludzkiego punktu widzenia wygląda paradoksalnie! Mimo ogromnych cierpień była szczęśliwa. To szczęście wypływało ze świadomości, że jest złączona z Bogiem. Marta pragnęła cierpieć ponieważ wiedziała, że cierpienie będzie postępem w miłości, pragnęła obarczać się nowymi cierpieniami, widziała w tym wszystkim bardzo głęboki, wymowny sens, w którym my letni chrześcijanie nie widzimy nic poza "niepotrzebnym kolejnym cierpieniem". Dla Marty cierpieć oznaczało bardziej służyć Bogu, jeszcze mocniej Go kochać. Obarczała się cierpieniami innych, zwłaszcza grzeszników, żyła miłością najtrudniejszą czyli najbardziej bezinteresowną, nie lękającą się ponieść ofiary za innych. Marta była szczęśliwa, cierpiała ogromnie i była szczęśliwa. Bardzo trudno to przeciętnemu człowiekowi zrozumieć. Należy też wyraźnie zaznaczyć, że Marta była tylko człowiekiem, wszystko przeżywała na swój sposób, oczywiście też rozpaczała, płakała, zdarzały się u niej stany załamania. Oto jeden z przykładów z końca lat siedemdziesiątych: Po jednej z luźnych rozmów o "życiu mistycznym" zmęczona powiedziała Jeanowi Guittonowi: "Jakże jesteśmy do siebie podobni! Pan przykuty jest do swoich myśli, jak ja do cierpienia. No, ale trzeba spróbować się poodkuwać, trochę się rozerwać. Jej głos załamał się: Która godzina? Dla mnie jest zawsze noc, zawsze ból."
W 1927 roku odwiedziła ją pewna młoda dziewczyna, oto jej relacja:
"Powiedziałam jej o tym że mam zamiar wstąpić do zakonu, wtedy w Marcie obudziłam rozdzierający żal. Marta siedziała na brzegu łóżka, płakała i trzymała mnie w ramionach. Byłyśmy wtedy same w domu, wszyscy poszli w pole, Marta bała się zostawać sama, powtarzała z rozpaczą: "Nie nadaję się do niczego!".
Jeden z najtrudniejszych okresów wystąpił w latach 1978-81 roku. Największą miłością jest to gdy ktoś swoje życie oddaje za innych, nie mniejszą miłością jest to, gdy ktoś dobrowolnie (Marta dała przyzwolenie) poświęca się w skrajnych przeszło półwiecznych cierpieniach.

ZMAGANIA Z SZATANEM

Szatan nienawidzi świętości, ofiary i tego, że mu się zabiera dusze. Marta jak wielu mistyków czy świętych nie była wolna od jego działań. Zły duch nawiedzał ją, dręczył i maltretował duchowo i fizycznie. Poddawał w wątpliwość jej ofiarę, sugerował jej że to wszystko nie ma sensu, że te wszystkie dusze i tak zostaną potępione. Że jej ojciec duchowy o. Finet nie chce mieć z nią nic wspólnego. U Marty to wszystko potęgowało cierpienie. Często pytała ojca Fineta czy to prawda? Szatan obchodził się z Martą bardzo brutalnie, uderzał ją fizycznie. Nie rzadko bywało tak, że o. Finet, gdy przychodził do domu Marty, zastawał ją leżącą na podłodze, pobitą i posiniaczoną. A przecież Marta była całkowicie sparaliżowana, nie mogła się nawet obrócić na bok leżąc w łóżku. Zdarzało się nie raz, że szatan uderzał jej głową o ścianę. Nikt inny nie mógł tego uczynić, gdyż tylko o. Finet miał klucze do jej domu. Bywało czasem że o. Finet przychodził z kimś do Marty, już przed drzwiami było słyszeć jakieś odgłosy jakby walki.
Na fotografiach pokoju Marty można zauważyć na podłodze przy łóżku leżący gruby materac, położono go po to aby ograniczyć moc uderzenia, gdy szatan rzucał ją o podłogę. Zdarzało się, że ataki następowały w obecności o. Fineta i osób przybyłych. Świadkowie tych zdarzeń byli zbulwersowani tym, co się działo. Szatan tak ją mocno i na różne sposoby maltretował, że pewnego dnia skręcił jej kark. Jej ból był przerażający.
Bardzo zagadkowa jest śmierć Marty Robin, nie umarła ze starości. Jest to jeden z niewielu bardzo rzadkich zgonów, w których Bóg dopuścił, aby szatan odebrał człowiekowi życie.

BYŁO TO 6 LUTEGO 1981 ROKU..
.

O godz.17 o. Finet przychodzi do domu Marty. Po wejściu do jej pokoju ogarnia go przerażenie. Marta leży na podłodze, wokół niej leżały porozrzucane różne przedmioty. Chwycił Martę podniósł, lecz ona już nie żyła. Ojciec Finet nie mógł się powstrzymać od płaczu, także i na pogrzebie. Pogrzeb odbył się 12 lutego, Martę pochowano w Saint-Bonnet-de-Galaure obok rodziców, brata i sióstr.
Marta Robin pozostawiła po sobie wspólnoty "Ogniska Miłości", które założyła przy pomocy swojego ojca duchowego o. Fineta w 1936 roku. Są to katolickie wspólnoty ochrzczonych kobiet i mężczyzn. Zadaniem wspólnot jest organizowanie pięciodniowych rekolekcji oraz dni skupienia. Na całym świecie jest ponad 70 takich wspólnot, w tym dwie w Polsce.
Jest pytanie, dlaczego Marta Robin mimo swojego bezwzględnego heroizmu, poświęcenia i świętości życia nie jest jeszcze ogłoszoną świętą? Marta Robin zapewne zostanie ogłoszona świętą ale jak to w takich przypadkach bywa Stolica Apostolska nigdy się nie spieszy. Obecnie są nadal studiowane zapiski Marty. Watykan jest oczywiście zainteresowany beatyfikacją Marty Robin, od samego początku Kościół Katolicki odnosił się do Marty bardzo przychylnie, wyraz temu dał papież Jan Paweł II mówiąc: Dla dzisiejszego świata Marta Robin jest kontynuacją odkupienia. Musimy po prostu cierpliwie czekać i modlić się o beatyfikacje.
Tą schorowaną kobietę w ciągu jej życia odwiedziło przeszło 100 tys. osób, dla każdego z nich spotkanie z Marta było nową nadzieją, inspiracją do lepszego życia, każdy kto opuszczał jej pokój wychodził już inny, w tym kilku znanych polskich kapłanów.
Na zakończenie zacytuję Martę:

Jedna rzecz pozostaje zawsze i jest dostępna dla każdego: radość innych...
Dać im trochę więcej spokoju, otuchy, nadziei, wywołać uśmiech.
To wszystko jest słodka praca i nie trzeba do tego koniecznie stać na nogach ani mieć dobrego zdrowia. Wręcz przeciwnie.
Nikt inny nie zrozumie tego lepiej jak ten, kto wiele przecierpiał...
_________________
"Nieważne jest,gdzie jesteś,ale wszędzie tam,gdzie przyjdzie ci się znaleźć,ważne jest,jak żyjesz"-Henri J.M.Nouwen
 
 
     
Alicja 

Wiek: 56
Dołączyła: 13 Maj 2007
Posty: 508
Skąd: Londyn
Wysłany: 2015-05-05, 11:58 pm   Komunia Święta przez 50 lat była jedynym pokarmem M.Robin

Marta nie mogła przełknąć nawet kropli wody, a jednak przyjmowała Komunię św. Był to jej jedyny pokarm przez ponad pół wieku.
Chociaż Marta Robin zmarła 6 lutego 1981 to jednak we Francji "pełno jej" wszędzie: w ruchach chrześcijańskiej odnowy, w nowo powstałych wspólnotach zakonnych, w książkach, artykułach.. . A to płynie z faktu, że przez jej dom przewinęło się ponad sto tysięcy ludzi, a dla każdej z osób spotkanie z Martą stało się źródłem nowej mocy, nowego spojrzenia na życie, a niejednokrotnie początkiem prawdziwego nawrócenia.
W opublikowanych świadectwach ludzi na temat tych spotkań nieustannie przewija się jeden wątek: każdy przeżył swego rodzaju szok czy wewnętrzne poruszenie (mniejsza o słowo) z powodu uderzającego "paradoksu". Otóż każdy, kto pochylał się nad łóżkiem Marty, mniej lub bardziej uzmysławiał sobie rozmiar jej cierpienia. Powszechnie było wiadomo, że prócz cierpienia, związanego z całkowitym paraliżem, Marta uczestniczyła w męce Jezusa. Od czwartku do niedzieli była "nieobecna" dla otoczenia, przeżywając mistycznie, lecz realnie, krwawo, poszczególne etapy Męki. W ciągu pozostałych dni tygodnia na jej czole pozostawały nieraz ślady zaschniętej krwi. W jej drobnym ciele koncentrował się bezmiar cierpienia, wobec którego stawało się jak przed głębokim misterium. Lecz - właśnie "paradoksalnie" dla logiki tego świata - z głębi tego cierpienia wydobywały się nie rozgoryczenie i bunt, lecz przedziwny pokój i pogoda. Spotkanie z Martą, trwające przeciętnie kilka minut, szybko i niepostrzeżenie przechodziło w duchowe porozumienie. Potrafiła w ciągu chwili "pojąć" cały ciężar życia, z jakim się do niej przychodziło, wziąć go niejako na siebie i przepoić światłem swej niezwykłej ufności. Z pośród wielu świadectw na ten temat przytoczmy jedno, którego autorem jest obecny redaktor naczelny chrześcijańskiego tygodnika L'Homme Nouveau (Nowy Człowiek):
"Wiadomo, że Marta była sparaliżowana od 1928 r. i niewidoma od 1939, ja stykałem się z nią w latach 1946-1981, to znaczy przez okres trzydziestu pięciu lat. Nigdy nie liczyłem, ale sądzę, Że w latach 1954-68 odwiedziłem ją przynajmniej ze sto razy. W ciągu tego okresu patrzyłem na głowę Marty, położoną zawsze na tym samym miejscu, na boku. Spoglądałem na jej kołdrę, która z grubsza rysowała sylwetkę jej ciała. Było oczywiste to, że jej nogi nie były wyciągnięte, lecz zgięte w kolanach (leżała na nich). Sparaliżowana, leżała całkowicie nieruchomo. Niewidoma, przebywała stale w półmroku, ponieważ najmniejszy promień światła zadawał jej ból nie do zniesienia (...). Tym, co w moim przekonaniu stanowi o największym świadectwie jej życia, to jej pokój, radość i niewzruszona ufność. Zastanawiałem się nieraz, jak ja zachowałbym się w podobnej sytuacji (...). Cierpiała, lecz w sercach wszystkich tych, którzy opuszczali jej pokój, zamieszkiwała nowa radość, której dotąd nie zaznali. Ileż to razy sam wchodziłem do niej, pełen problemów, a niekiedy i ciężkich zmartwień. Ona brała to wszystko na siebie, porozmawiała i - nie wiadomo jak - przywracała ufność i wewnętrzną radość. Moc zmartwychwstawania, która wypływa z wysokości Krzyża, tworzyła nieustanny rytm wszystkich spotkań i rozmów z Martą".
Od księdza Fineta, ojca duchownego Marty, dowiadujemy się o kilku epizodach z jej młodości. W wieku dorastania ciężko chorowała i myślała, że wkrótce umrze. Przeżyła jednak, lecz nie mogła chodzić. Siedziała w swoim fotelu i wyszywała. W czasie kolejnego ataku choroby, gdy przekonana już była o bliskiej śmierci, ujrzała św. Tereskę od Dzieciątka Jezus. Dowiedziała się, że posiada wybór: albo pójść do nieba natychmiast, albo przyjąć misję wynagradzania za grzechy, cierpiąc w jedności z Chrystusem w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Od 1928 r. Marta zaczyna w ogóle nie spać, nie jeść i nie pić. W uroczystość Ofiarowania Pańskiego 1932 r. traci czucie w rękach i nogach. Od tej pory, aż do śmierci, leży na nogach, zgiętych w kolanach. Cóż działo się w ciągu tysięcy nieprzespanych nocy? Spełniało się jej pragnienie, jakie wyraziła w swym akcie całkowitego zawierzenia woli Bożej: "Najdroższy mój Zbawicielu! Przyjmij moją ofiarę całopalną, jaką nieustannie składani Ci w ciszy. Zechciej przemienić ją w dobra duchowe dla tylu milionów serc, które Ciebie nie kochają; przyjmij ją dla nawrócenia grzeszników, powrotu błądzących i niewiernych, i dla uświęcenia Twych najdroższych kapłanów..." Podczas, gdy inni spoglądają na nią niekiedy z politowaniem, sama Marta doświadcza niepojętego dla świata szczęścia, płynącego z zacieśniania swych więzów z Bogiem. Jakże czymś wspaniałym jest wiara: wierzyć wtedy, gdy się nie widzi, wiedząc tylko to, że "Bóg powiedział"; wiedza bez widzenia zapala w duszy światło, którego promienie pozwalają nam odkryć wielki świat, jaki nosimy w sobie, a którego istnienia nawet nie przeczuwaliśmy.
Marta nie mogła przełknąć nawet kropli wody, a jednak przyjmowała Komunię św. Był to jej jedyny pokarm przez ponad pół wieku. Jakiekolwiek oszukaństwo w tym względzie zostało wykluczone przez wielu lekarzy, którzy z wielką skrupulatnością czuwali nad nią i badali jej zachowanie. Najczęściej przyjmowała komunię św. z rąk księdza Fineta, lecz przytoczmy najpierw świadectwo ks. Marzioux, który odwiedził Martę w lutym 1939 r.:"Przede wszystkim uderzyła mnie jej niezwykła pokora. Na moje liczne pytania odpowiadała zawsze z tą samą precyzją... W którymś momencie rozmowy - wspomina kapłan - Marta powiedziała z ożywieniem: "Jezus już przyszedł". Ja sam natomiast nie słyszałem nawet szczekania psa, zapowiadającego przybycie wieczornego gościa. Po chwili, ks. Finet wszedł do pokoju, niosąc komunię św. Jeszcze przed tym spotkaniem, ks. Finet uprzedził mnie, mówiąc: "Marta nie może przyjmować żadnego pokarmu. Proszę jedynie przybliżyć Hostię do jej warg. Hostia sama zostanie wchłonięta". I tak się stało: ku memu zdziwieniu, hostia wymknęła się z mych palców w momencie, gdy przybliżałem ją do ust Marty". Dodajmy bardziej szczegółowy opis ks. Fineta: Marta przyjmowała Komunię św. w sposób zdumiewający... Podaną jej hostię przyjmowała bez połykania, do którego była absolutnie niezdolna. Wszyscy ci, którzy podawali jej komunię, mieli wrażenie, jakoby hostia wyrywała się im z palców. Mnie samemu kilkakrotnie przydarzyło się, że nawet z odległości ok. 20 cm hostia sama trafiała wprost do jej ust. Historia ta wydawała się co najmniej śmieszna pewnemu księdzu z Wietnamu, zanim nie odprawił mszy św. w pokoju Marty. W czasie udzielania jej komunii miał się na baczności, trzymając pewnym chwytem małą hostię. Lecz i tak wymknęła mu się z palców, przemierzając sama kilkucentymetrową odległość.
Ceniony filozof i pisarz - Jean Guitton, który napisał także książkę o Marcie, zapytał ją kiedyś wprost na temat tego niezwykłego zjawiska.«Tak, to jest cały mój pokarm - odpowiada Marta - Zwilżają mi usta, ale niczego nie mogę przełknąć. Hostia wnika we mnie, lecz ja sama nie wiem, jak. Eucharystia nie jest zwykłym pokarmem. Za każdym razem, nowe życie we mnie się wlewa. Jezus jest w całym moim ciele, jakbym zmartwychwstawała. Komunia jest czymś więcej, niż zjednoczeniem: jest stopieniem się w jedno». W czasie jeszcze innego spotkania, jakby lekko zniecierpliwiona, Marta wyznaje: Mam ochotę wołać do tych, którzy ciągle mnie pytają, czy naprawdę nie jem! - że jajem więcej niż oni, ponieważ karmię się eucharystycznym Ciałem i Krwią Jezusa. Chciałabym im powiedzieć, że to oni sami powstrzymują w sobie efekty tego pokarmu..."
Co myśleć na temat wymykających się z rąk kapłana hostii, spożywanych przez Martę bez połykania? Wbrew pozorom dziwaczności, zjawisko to potrafi wiele powiedzieć na temat wzajemnej relacji Marty i Chrystusa. Weźmy pod uwagę fakt, że Jezus pozostał w Eucharystii ze swego nieskończonego pragnienia zjednoczenia się z człowiekiem w miłości. Dla każdego, kto rozpoznaje w hostii żywą obecność Boga, przychodzącego jedynie z miłości - moment, poprzedzający przyjęcie Komunii św. jest momentem gorącej tęsknoty. Otóż, jest to tęsknota dwóch osób i dwóch serc: Serca Bożego i serca ludzkiego, które nawzajem ku sobie się wyrywają. Hostia, wyrywająca się z rąk kapłana, to przecież sam Chrystus, dążący w pośpiechu na spotkanie ze stworzeniem, które umiłowało Go ponad wszystko i oczekuje na Niego z wielką tęsknotą. Radość człowieka z przyjmowania Komunii św. wypływa stąd, że jest to najpierw radość samego Boga. Dusza wie o tym, że Bóg niezmiernie się raduje, mogąc w niej zamieszkać. Skoro Bóg jest nieskończony, więc i Jego radość jest bez granic. Skoro Bóg nieskończenie raduje się we mnie -jak wielka powinna być więc moja radość! W ostateczności, duchowe szczęście Marty wynikało z jej doświadczenia Boga, jako Boga niezmiernie szczęśliwego w jej duszy! Jest to jedyny rodzaj szczęścia, o które nie potrzeba się bać, że się je utraci. Gwarancją jego trwałości jest nieodwołalna miłość Boga i Jego niegasnące pragnienie uszczęśliwienia swych stworzeń. Jedyna przeszkoda istnieje po stronie człowieka, a tkwi ona w wygasaniu wiary, które prowadzi do zaniku miłości, a w ostateczności - do grzechu. Skoro więc początkiem prawdziwej radości jest radość Boga, który zamieszkuje w kochającej Go duszy - więc nie trudno pojąć, dlaczego jedynym staraniem Marty było wzrastanie w prawdziwej miłości. Jeśli potrafiła znosić swoje cierpienie bez buntu i zgorzknienia, to tylko dlatego, że w przeróżnych cierpieniach widziała największą szansę na postęp w miłości. Co więcej: pragnąc obarczyć się cierpieniami innych, a zwłaszcza grzeszników - pragnęła żyć miłością najtrudniejszą, czyli najbardziej bezinteresowną, nie lękającą się ponieść ofiary za innych. Taka miłość właśnie najbardziej upodobniła Martę do Chrystusa, czego wyrazem były stygmaty Męki, jakie na sobie nosiła. Marta - egoistka, szukająca za wszelką cenę szczęścia? Masochistka - ponieważ nie bała się heroicznie podjąć cierpienia innych? Jeśli tak, to jak wówczas wytłumaczyć fakt, że ta sama Marta zapalała w innych iskrę radości i szczęścia?
W istocie rzeczy, z eucharystycznych przeżyć Marty wydobywa się orędzie samego Jezusa: Abyście wierzyli, że nie ziemski pokarm i napój, lecz tylko moje Ciało i Krew dadzą wam prawdziwe życie. Któż wzgardziłby tym szczególnym zaproszeniem do wiary? Któż nie potrzebowałby jej wzmocnienia w atmosferze powszechnego "bzika" na punkcie materialnej troski o ciało?

ks. Andrzej Trojanowski TChr
_________________
"Nieważne jest,gdzie jesteś,ale wszędzie tam,gdzie przyjdzie ci się znaleźć,ważne jest,jak żyjesz"-Henri J.M.Nouwen
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 13